gdy zaśnie dzień - budzi się noc, a tam - drugi świat. Świat nierealny ? Jeżeli już - to tylko niematerialny.

O mnie

Moje zdjęcie
... krok po kroku, nieświadomi jutra, stajemy się nim.

poniedziałek, 21 lutego 2011

czas na spacer

Okazało się, że nasz zespół, czyli ja i moja wokalistka zostaliśmy zaproszeni na przegląd poezji śpiewanej. Trudno mi konkretnie określić miejscowość w której cała impreza miała swoje zdarzenie, ale gdy przybyliśmy na miejsce, było już bardzo duże poruszenie. Tłumy pod ekscytowanych wykonawców, masa technicznych przygotowań do występów i niesamowity gwar. W miarę upływu czasu wszystko zaczęło powoli cichnąć i wrzawa delikatnie rozpłynęła się w dali. Gdy wieczorem stawiliśmy się w amfiteatrze w celu komisyjnego przesłuchania zespołu, przygotowana czteroosobowa komisja zajmowała już miejsce w blasku jupiterów na scenie, natomiast nasze miejsce wyznaczone było na jedynej ławce przeznaczonej dla widowni, pod rozłożystym drzewem klonu w przyćmionym świetle parkowej latarni. Pani z komisji z uśmiechem na twarzy z wielkim entuzjazmem dała znak na rozpoczęcie przygotowanego przez nas programu. Chwila ciszy ..., i po chwili pierwsze dźwięki uwolnione szarpnięciami strun gitary zanim doleciały do sceny spadły na ziemię zagłuszone dziwnym dźwiękiem. Wieczorną ciszę opanował monotonny mlask mojej partnerki z zespołu, która w głębokiej zadumie z pochyloną głową na prawą stronę spożywała francuską bułkę ..., - jeszcze raz, teraz, jeszcze raz i wyraźniej - wyszeptałem ...., było trochę lepiej, ale ten mlask był niesamowicie słyszalny. Postanowiłem sprawę wziąć w swoje ręce i razem zaczęliśmy śpiewać jej partię. Niestety, mlaskaliśmy już oboje. Jedynym wyjściem z tej beznadziejnej sytuacji, była zmiana akompaniamentu z palcowania na grę rytmiczną . Tak, to był dobry pomysł, lecz niestety nie sprawdził się, gdyż po wybiciu pierwszego taktu gitara oniemiała. Gryf gitary zamienił się w jakiś rękaw starego swetra i bezwładnie zawisł mi na kolanach. Na szczęście cały czas panowałem nad sytuacją – a capella ! - szeptem wykrzyczałem – mocniejsza artykulacja !....
W końcu zapanowaliśmy nad sytuacją. Głosy zabrzmiały czysto – jak dzwony.
Zasłuchana komisja, scena, ławka i my, powolutku zaczęliśmy się mgliście rozpływać.
... jednak zanim wszystko całkiem ucichło, ze świata obudzonych coraz głośniej docierał do mnie mlask.
Leżałem na boku, gdy otworzyłem oczy budząc się ze snu.... przede mną siedziała moja pieska “Czacza” – mlaskając języczkiem dawała znać, że na spacer już czas.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz